193 Obserwatorzy
79 Obserwuję
neonlightchild

światy zapomniane, słowa zakazane

może po prostu wszystkie moje czytelnicze życia potrzebują miejsca odrobinę bardziej pojemnego niż przestrzeń pomiędzy moimi zwojami mózgowymi.

Teraz czytam

Moby Dick
Herman Melville
Powszechna historia nikczemności
Jorge Luis Borges, Stanisław Zembrzuski, Andrzej Sobol-Jurczykowski
WIDZIEĆ/WIEDZIEĆ. Wybór najważniejszych tekstów o dizajnie
Przemysław Dębowski, Jacek Mrowczyk
Przeczytane:: 171/464 stron
Niezbednik typograficzny
Cyrus Highsmith
Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa
Arthut Conan Doyle
Przeczytane:: 340/1108 stron

Krótka rozprawa o przekładach.

Mawiają, że niewiedza bywa błogosławieństwem. Patrząc na niektóre przekłady utworów z języków obcych na polski trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Przykłady kiepskich tłumaczeń można mnożyć. Na myśl przychodzą mi momentalnie osławione "łozizmy" i rzeczywiście nie najszczęśliwszy przekład "Władcy Pierścieni" Jerzego Łozińskiego. Ponoć niektórzy chwalą go za styl i przystępność języka, ale jego krzaty zamiast krasnoludów w kontekście tolkienowskich opisów tych fantastycznych istot zamieszkujących Śródziemie brzmią co najmniej niepoważnie i dość absurdalnie. Notorycznie też wysłuchuję narzekań mojego brata na kompletną fuszerkę odstawianą przy tłumaczeniu serii Davida Webera i jakkolwiek sama nie zaczytuję się w przygodach oficer Harrington słyszałam już wystarczająco żeby twierdzić, że gdybym była tłumaczem, byłoby mi zwyczajnie wstyd oddawać coś takiego w ręce czytelników. Tym bardziej, że błędy te wynikają jednoznacznie z niedouczenia, niewiedzy i ewidentnych braków chęci do użycia Googli czy chociażby słownika. Radosław Kot nie wystawia sobie najlepszej cenzurki wplatając w wypowiedzi postaci komentarze własne dotyczące polskiej sfery politycznej (które Weberowi się nawet nie śniły), mieszając stopnie wojskowe czy nie zadając sobie trudu sprawdzenia pewnych kwestii z zakresu wojskowości, techniki czy fizyki, z których następnie wynikają różne kuriozalne określenia i radosna słowotwórcza parada.

 

 

Na szczęście wśród polskich przekładów znajdują się też perełki, powody do dumy i uznania dla ich twórców. Do takich zaliczam na przykład świetną pracę Roberta Stillera nad "Lolitą" i nie uznaję żadnego innego tłumaczenia. Przy takiej mnogości ukrytych aluzji i gier słownych jakie stosuje Nabokow, wyłapanie wszystkich tych niuansów było nie lada wyzwaniem, wymagało nie tylko translatorskiego kunsztu ale też rozległej wiedzy i badań nad tekstem. Z młodszych przekładów bardzo doceniam pracę Andrzeja Polkowskiego nad serią o Harrym Potterze i jestem mu za nią wdzięczna, bo powieści pani Rowling były dość istotnym elementem mojego dzieciństwa, a szczerze mówiąc - dziecinnie łatwo byłoby to popsuć. Polkowski sprawił, że cała menażeria magicznych zjawisk i istot zamieszkujących wykreowany przez Rowling świat ma w polskich wersjach adekwatne i sensowne nazwy. Nie można mu też odmówić zera megalomanii i dobrych chęci - w tłumaczenie angażował amatorów języka zarówno rodzimego jak i angielskiego, organizował konkursy na najlepsze przekłady konkretnych nazw własnych, od których roi się w potterowskim uniwersum. Według mnie świetna inicjatywa.

 

 

Nie jestem w stanie określić, w którym dokładnie momencie zaczęłam interesować się stroną techniczną publikacji i kiedy przekłady zagranicznych utworów na rodzimy język zaczęły mnie naprawdę interesować. Dość wiedzieć, że od tamtej trudnej do określenia pory przykładam dużą uwagę do tej kwestii i często zanim sięgnę po daną książkę, przeprowadzam małe śledztwo na własną rękę. Nie zamierzam nawet udawać, że na nowo odkrywam Amerykę stwierdzeniem, że praca tłumacza jest szalenie ważna, wymaga wiedzy, umiejętności, ogromnego zasobu słów, często jest pełna wyzwań i pułapek, z których czasem ciężko wyjść obronną ręką. Nie jest w najmniejszym stopniu przesadą stwierdzenie, że tłumacz w pewnym stopniu musi na nowo napisać daną książkę. Dobry tłumacz jest krótko mówiąc na wagę złota. Tyle tylko, że można być tego wszystkiego kompletnie nieświadomym jeśli nie ma się do czynienia z oryginałami i samemu nie wychwyci się jakichś niedociągnięć czy błędów. 

 

 

 

Niedawno czytałam w oryginalne "The Fault in Our Stars" - najnowszą powieść Johna Greena, poczytnego amerykańskiego autora książek dla młodzieży, choć angielski termin "young-adult fiction" określa nieco szersze grono odbiorców. Green pisze siłą rzeczy językiem bardzo przystępnym, zresztą zbyt górnolotne słownictwo byłoby po prostu nie na miejscu. Bardzo przypadło mi do gustu jego najnowsze dzieło, bo historia porusza temat ważny, trudny, temat, o którym powinno się mówić, bo wciąż zbyt wielu ludzi w każdym wieku i pod każdą szerokością geograficzną nie wie, jak to robić, jak sobie z tym radzić i jak zachowywać się w stosunku do ludzi dotkniętych nowotworami. Bo właśnie między innymi o raku traktuje ta książka. Ale o treści i moich refleksjach nad nią innym razem, dziś chodzi mi o przekłady. Z ciekawości i właściwie przypadkowo znalazłam gdzieś fragment tej książki z samego jej początku. Niedawno zresztą w Polsce ukazało się jej wydanie pod tytułem "Gwiazd naszych wina". Nie wiem, czy przekład Magdy Białoń – Chaleckiej jest dobry, bo po przeczytaniu zaledwie fragmentu mając w pamięci na świeżo oryginał czułam się kompletnie zniechęcona. I znów - nie wiem, czy tłumaczka zastosowała takie zabiegi celowo, czy chciała, żeby słownictwo bohaterów (którzy jak by nie patrzył są nastolatkami) było bardziej młodzieżowe niż uczynił to autor, ale poczułam, że główna bohaterka jest w dialogu z matką na siłę zinfantylizowana, co zupełnie kłóci się z moim odbiorem postaci. Bo Hazel była wyjątkowo rozsądną i dojrzałą nastolatką w stanie terminalnym i wciskanie w jej usta wypowiedzi na poziomie "Bleeee" sprawiło, że do polskiego przekładu powieści Greena już na pewno drugi raz nie zajrzę. Słownictwo młodzieżowe jest o tyle zdradliwe, że to, co znajdowało się w powszechnym użyciu jeszcze chwilę temu w następnej już kompletnie wyszło z obiegu i jeśli nie jest się na bieżąco, granica między staraniem się o realistyczny efekt a śmiesznością jest bardzo cienka.

 

 

Do rozważań nad tłumaczeniami znów popchnęła mnie lektura "Wielkiego Gatsby'ego". 

Nietrudno zauważyć, że obecnie (w dużej mierze siłą napędu akcji promocyjnej najnowszej ekranizacji dzieła) powieść Fitzgeralda szturmuje księgarniane półki. I to aż w trzech odsłonach. Wydawnictwo Rebis prezentuje "Wielkiego Gatsby'ego" w okładce filmowej jak i w wersji bardziej eleganckiej, w twardej oprawie. Przekład jednak jest ten sam, niezmienny od pięćdziesięciu lat. Dokonała go Ariadna Demkowska. Wydawnictwo Znak z kolei w swojej najnowszej serii wydawniczej "50 na 50" oddaje w ręce czytelników najświeższy przekład Jacka Dehnela. W tym momencie uczciwe muszę przyznać, że przekładu Demkowskiej nie czytałam w całości, miałam do czynienia jedynie z fragmentami. Notabene wystarczyły one by utwierdzić mnie w przekonaniu, że do przeczytania całego utworu sięgnę po wersję Dehnela.

 

 

Trafiłam gdzieś na zestawienie kilku wybranych fragmentów "Wielkiego Gatsby'ego" kolejno w oryginale, a następnie w dwóch wersjach polskiego przekładu i ten najnowszy wydał mi się najbardziej przystępny. Ważną kwestią jest też to, co Dehnel podkreślał w krótkiej notce od siebie na końcu książki - przekład Demkowskiej nie jest zły. Wręcz przeciwnie, jest to świetny translatorski warsztat starej szkoły, co zasługuje na uznanie między innymi z tego względu, że nie miała ona na podorędziu dostępu chociażby do Google. Z uwagi jednak na to w jakim okresie historii naszej ojczyzny powstawało to tłumaczenie, trzeba Demkowskiej oddać, że nie miała pełnej swobody wykonując swoją pracę i tak kilka zwrotów uległo zmianie; w niektórych zdaniach coś ujęto czy zastąpiono bardziej neutralnym słowem, w innych kilka zostało dodanych. Dehnel odświeżył język i jak sądzę zdynamizował trochę opowieść snutą przez Nica Carrawaya, tak, by całość bardziej przystawała do oryginału. Spotkałam się z opiniami, że niektórych czytelników przekład sprzed pięćdziesięciu lat męczył czy drażnił. Dehnel być może też nie wszystkim przypadnie do gustu, zapewne zwłaszcza osobom przywiązanym do wersji Demkowskiej. Tak czy inaczej moim zdaniem bardzo dobrze się stało, że po tylu latach ukazała się nowa wersja tłumaczenia i panu Dehnelowi należą się słowa najwyższego uznania, gdyż jest to przekład bardzo dobrze i starannie zrobiony. 

 

Morał z tych dywagacji jest krótki i mało zaskakujący - jeśli już koniecznie chcemy po czymś oceniać książkę, to chyba bardziej fortunnie będzie robić to na podstawie tłumaczenia niż okładki.