193 Obserwatorzy
79 Obserwuję
neonlightchild

światy zapomniane, słowa zakazane

może po prostu wszystkie moje czytelnicze życia potrzebują miejsca odrobinę bardziej pojemnego niż przestrzeń pomiędzy moimi zwojami mózgowymi.

Teraz czytam

Moby Dick
Herman Melville
Powszechna historia nikczemności
Jorge Luis Borges, Stanisław Zembrzuski, Andrzej Sobol-Jurczykowski
WIDZIEĆ/WIEDZIEĆ. Wybór najważniejszych tekstów o dizajnie
Przemysław Dębowski, Jacek Mrowczyk
Przeczytane:: 171/464 stron
Niezbednik typograficzny
Cyrus Highsmith
Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa
Arthut Conan Doyle
Przeczytane:: 340/1108 stron

Czasem czaszki są grube, serca puste, a słowa nie odnoszą skutku. Czasem - wręcz przeciwnie.

 

 

Jamesa Frey'a określano już chyba wszystkimi możliwymi przymiotnikami. Jedni go kochają, inni nienawidzą (są też tacy, który twierdząc, że poznali go osobiście podsumowują go szeregiem inwektyw, wśród których "buc" to prawie komplement). Jeśli ktoś orientuje się trochę w jego twórczości i miał styczność z jego głośnym debiutem "Milion małych kawałków", prawdopodobnie jest świadom, że autor wylądował na dywaniku u samej Oprah Winfrey w związku z kontrowersjami wokół publikacji książki, którą wydawca określał jako wspomnienia Frey'a, na dodatek "brutalnie szczere". Jak się okazało, nie była to książka aż tak szczera, ale mnie osobiście cała sprawa aż tak nie dotknęła. Owszem, może wynika to z tego, że o wszystkim dowiedziałam się mocno post factum i cały medialny szum dawno już ucichł, a kurz opadł i może rzeczywiście powinnam bardziej przejmować się tym, że Frey tak beztrosko traktuje temat uczciwości względem czytelników, ale z drugiej strony biorąc "Milion małych kawałków" do rąk jakoś nie odczułam, by ktokolwiek obiecywał mi reportaż z młodości autora i bezwiednie, wręcz automatycznie przyjęłam myślenie, że cała historia jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z jego życia, ale to jednak nie dziennik. Być może rzeczywiście wszyscy trochę zbyt beztrosko i radośnie posługiwali się chwytliwym frazesem o brutalnej szczerości, zagalopowując się nieco i zapominając zdaje się o etyce, nie zmienia to jednak faktu, że był to debiut zdecydowany, mocny i interesujący. Nie można Freyowi odmówić specyficznego i bardzo trafionego stylu narracji. Jego sposób prowadzenia dialogów sprawia, że są one wartkie, a całość czyta się dobrze i szybko. Mnie w każdym razie trudno było się oderwać, a sama książka jest dla mnie w pewnym sensie studium nałogu i wychodzenia z niego, wiarygodnym pod tym względem, że - koloryzowanym czy nie - pisanym mimo wszystko przez człowieka, który przez to przeszedł i przeżył, by móc o tym opowiedzieć. Nie uważam więc, żeby "Milion małych kawałków" stracił na autentyczności ze względu na pewne przekłamania w stosunku do rzeczywistości. Może i po drodze, korzystając z okazji, Frey zrobił z siebie trochę większego twardziela niż w rzeczywistości, ale to w zasadzie drobiazg, który można wybaczyć jego miłości własnej. Wcale zresztą nie byłabym zdziwiona, gdyby cała ta medialna burza była wykalkulowaną strategią. Zagranie było ryzykowne, ale i godne skandalisty. Jak widać było to też swego rodzaju marketingowe perpetuum mobile.

 

 

Cóż, Frey może i jest bucem - nie mnie oceniać, bo nigdy go nie poznałam, ale cenię go jako autora. Nie wiem co prawda, czy nazywałabym go już kultowym, bo odnoszę się z rezerwą do przedwczesnego oklejania ludzi jakimikolwiek etykietkami, uważam go jednak za autora godnego zainteresowania i o ciekawym dorobku. Dlatego też kiedy doszły mnie słuchy, że ukazać ma się jego kolejna powieść, decyzję o rychłej pielgrzymce do księgarni podjęłam błyskawicznie, a dni do ukazania się przekładu wypełniłam sobie zrobieniem małej wizji lokalnej na jej temat. Zewsząd atakowały mnie (chwytliwe, a jakże) hasła reklamowe. Według nich "Ostatni Testament" ma czytelnika zdruzgotać, porazić, całkowicie zmienić percepcję. Ba, nawet sposób życia. Ma wzbudzać skrajne emocje. Sama książka zaś została okrzyknięta najbardziej polemiczną, rewolucyjną, śmiałą, najlepszą jak dotąd. Wielkie słowa, wielkie oczekiwania. Nauczona doświadczeniem nie dałam się złapać na ten marketingowy haczyk, moja ciekawość i zainteresowanie zostały jednak skutecznie pobudzone. 

 

Po przeczytaniu "Ostatniego Testamentu" miałam dość mieszane uczucia i zupełnie niesprecyzowane myśli w tej materii, dlatego musiałam odczekać i pomyśleć, by móc napisać cokolwiek sensownego (a wrażenie pewnego chaosu i mieszane uczucia i tak  pozostały). Przede wszystkim spodziewałam się innej struktury powieści. Teraz myślę, że nie powinnam była oczekiwać czegokolwiek innego.

"Ostatni Testament" składa się ze wspomnień - świadectw ludzi, którzy na swojej życiowej ścieżce spotkali Bena Ziona Avrohoma, czyli kolejną, przepowiedzianą i wyczekiwaną inkarnację Chrystusa. Tyle, że - jakkolwiek zapowiedziany - jego postawa, a przede wszystkim przekonania i głoszone prawdy są co najmniej nieoczekiwane. A już szczególnie dla wszelkich ortodoksyjnych wyznawców.

Oto jawi się nam współczesny Nowy Jork - gniazdo zepsucia, fermentu, rozkładu i grzechu. Poznajemy szereg bohaterów obdarzonych biblijnymi imionami - jest tu Maria, Jeremiah, Jacob, Isaac, Ruth, Esther, Matthew, John czy Luke - którzy snują opowieść o tym, jak poznali Bena, przedstawiającego się jako Ben Jones, kim dla nich był, co robił i co zrobił dla nich. A zrobił wiele. Twierdzą, że ich uleczył, zdjął ciężar, jaki dźwigali na swoich barkach, otworzył im oczy, sprawił, że poczuli się kochani. Sam nigdy nie nazwał się Mesjaszem, Synem Bożym, Chrystusem. Takie określenia zawsze padały z ust osób, które miały z nim styczność. 

 

Jamesa Frey'a określano już chyba wszystkimi możliwymi przymiotnikami. Teraz do tego (nie)chlubnego pocztu pełnego peanów i inwektyw dopisać można obrazoburcę. Bo który wierzący niezachwianą wiarą Żyd czy chrześcijanin przełknie wizję stąpającego po tej ziemi Syna Bożego głoszącego, że Biblia to jedynie książka pełna fantastycznych opowieści, że Boga nie obchodzi życie ludzi, ich wybory ani losy, że nie można klasyfikować miłości jako "dobrej" i "złej", bo miłość jest niczym więcej niż właśnie miłością i nie ma najmniejszego znaczenia, czy istnieje ona pomiędzy dwojgiem ludzi przeciwnej czy tej samej płci tak długo, jak traktują oni z miłością siebie nawzajem i każdego napotkanego człowieka? Mało tego, Mesjasz Frey'a bardzo czynnie szerzy ideę wolnej miłości wśród ludzi obojga płci - "sypia z mężczyznami, a kobiety zachodzą z nim w ciążę". No, dobra. Jedna kobieta. Kwestionuje świętości, neguje władzę, gra w gry wideo, pali trawkę, upija się i o mały włos nie traci życia na placu budowy, gdzie pracuje jako stróż, a do tego głosi rychły koniec świata, który nastąpi tylko i wyłącznie z winy człowieka. Z jednej strony książkę tę rzeczywiście można określić mianem bluźnierczej i pewnie niejeden radykał mógłby zostać przyprawiony jej treścią o migotanie komór. Z drugiej strony trudno nie dopatrywać się w niej znamion swego rodzaju proroctwa. Bo czy gdyby rzeczywiście okazało się, że gdzieś pośród nas, we współczesnym świecie istnieje człowiek tak niezwykły, wywierający wpływ na losy innych ludzi do tego stopnia, że określają go oni mianem Mesjasza i wierzą, są przekonani, że tak jest - uwierzylibyście? Czy może raczej postulowalibyście ubezwłasnowolnienie takiego człowieka, zamknięcie go w pokoju bez klamek i może na wszelki wypadek żądalibyście też przeprowadzenia prewencyjnej lobotomii? 

 

Istotną kwestią poruszaną na kartach powieści jest też bezpardonowe rozliczenie Kościoła jako instytucji ze wszystkich niezbyt chwalebnych poczynań. "Ostatni Testament" to w pewnym sensie narzędzie, za pomocą którego Frey ukazuje zbrodnie, bezeceństwa i wiele pogwałceń, jakich człowiek dopuszczał się pod banderą wiary, w imię głoszenia słowa bożego. Jest to swego rodzaju studium godnych potępienia postępków, jakich dopuszczali się ludzie pod przykrywką szerzenia Ewangelii, czynienia dobra i życia zgodnie z przykazaniami. Bez skrupułów obnaża pedofilię, często absurdalne zakazy, uprzedzenia na tle wyznaniowym, płciowym, etnicznym i wojny religijne, ukazuje nieprzystawanie zasad mających źródło w Biblii - książce sprzed dwóch tysięcy lat - do realiów współczesnego świata.

 

Pozycja ta z pewnością jest interesująca i specyficzna, trudno jednoznacznie ją ocenić. Na pewno jest też pionierska w kwestii samego tematu i jego ujęcia. Bądź co bądź poruszany jest tutaj temat drażliwy i delikatny, który zwykło się omijać w imię nie wywoływania nieuniknionej burzy. Nie sądzę jednak, żeby swoją treścią była w stanie rzeczywiście zachwiać czyjąś wiarą. Nie uważam też, żeby sensownym było odradzenie tej lektury ludziom o niesprecyzowanych poglądach w tej materii, bo po prostu nie sądzę, by miała ona aż taką moc, jaką przypisali jej specjaliści od marketingu. Być może dlatego, że wbrew przewidywaniom wydawcy książka ta nie wywarła tak druzgocącego efektu na moich poglądach i życiu jako takim. Możliwe, że winę za to ponosi fakt, iż nie jestem osobą religijną i potraktowałam tę pozycję raczej jako odważny eksperyment aniżeli "nową Biblię", ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie, żeby tak ją odbierać. Dla mnie jest to raczej przedstawienie możliwego, prawdopodobnego scenariusza na ewentualność powtórnego przyjścia Mesjasza w naszej rzeczywistości. Jest to książka obyczajowa i przystępna, ale też ocierająca się o filozofię i metaforyczność. I jest odważna, to Frey'owi muszę oddać.

 

Już pojawiają się głosy sprzeciwu i pytania, czy zdeklarowany ateista w ogóle ma prawo dotykać takiego tematu. Autor od samego początku pozostawił opinię w gestii czytelników. Co się zaś tyczy diametralnie różnych ocen najnowszego dzieła Freya - są one dowodem na to, że osiągnął swój cel. Wzbudził kontrowersje i polemikę. Zmusza do refleksji, porusza tematy, które zwykło się omijać. Nie boi się szokować i jest w tym bardzo konsekwentny. Wsadził kij w mrowisko. Czego więcej mógł chcieć autor głoszący, że zawsze chciał być wyjętym spod prawa? 

 

A mnie, o ironio, na kilka dni przed sięgnięciem po najnowszą powieść Jamesa Freya prześladowała Joan Osborne i jej "One of us". Jak rzekłby pradziadek - oznak.